Polski hymn państwowy, czyli „Mazurek Dąbrowskiego”, przyszedł na świat w lipcu 1797 roku we włoskim miasteczku Reggio. Jego powstanie wpisało się w jeden z najcięższych rozdziałów naszej historii. Dwa lata wcześniej, po upadku insurekcji kościuszkowskiej, zaborcy dokonali trzeciego rozbioru i Rzeczpospolita zniknęła z mapy Europy. Nadzieję na odbudowę państwa niósł wtedy Napoleon, który w 1796 roku ruszył z wielką ofensywą włoską.
Na ziemiach wyrwanych Austrii Bonaparte tworzył kolejne republiki: wenecką, genueńską i lombardzką. To właśnie z tą ostatnią generał Jan Henryk Dąbrowski wynegocjował umowę, która dała początek Legionom Polskim.
W niedługim czasie udało się zebrać trzy legie, w sumie około trzech tysięcy żołnierzy, mające stanowić zalążek armii przyszłej, odrodzonej Polski. Zgodnie z ustaleniami konwencji i przy wsparciu samego Napoleona, Legiony zachowały polski charakter narodowy: polskie komendy, polskie obyczaje, a także osobne umundurowanie. Legioniści nosili barwy dawnej kawalerii narodowej – granatowe stroje wykończone karmazynem i srebrem, zwieńczone „polską czapką”. Niektóre oddziały wzorowały się na regimencie buławy polnej litewskiej z zielono-złotymi wykończeniami. W każdym obozie słychać było ojczystą mowę.
Jak płomień pochodni
Po raz pierwszy w dziejach polskiego oręża w Legionach prowadzono systematyczną pracę formacyjną wśród żołnierzy. Motto brzmiało: „Prawy żołnierz ma być zarazem świadomym kraju obywatelem”. Nie mniejszą rolę odegrała odezwa Tadeusza Kościuszki, który chciał, aby każdy legionista potrafił czytać i pisać po polsku. Naczelnik pisał, że to właśnie z legionowych szeregów wyłonią się przyszli oficerowie polskiego wojska, gdy nadejdzie czas powrotu na ojczystą ziemię.
Realizacją tych założeń zajmowali się między innymi generał Franciszek Rymkiewicz, pułkownik Cyprian Godebski, a także generał Józef Wybicki. Ten ostatni dotarł do Reggio 7 lipca 1797 roku, żeby wspomóc Dąbrowskiego w staraniach o sprawę polską. Przyjęto go serdecznie, a on z zapałem pisał listy, odezwy i proklamacje, dając wyraz wspólnej nadziei legionistów, że któraś z wielu rozstajnych dróg zawiedzie ich wreszcie do Polski.
Wybicki miał ucho do ludzi. Słuchał, czym żyją żołnierze przy ogniskach, jakie wznoszą toasty, jakie krążą wiwaty. Wszystko notował. Nieukończoną jeszcze „Pieśń Legionów” przedstawił po raz pierwszy podczas jednego ze zgromadzeń. Zamiast wygłosić mowę, zaśpiewał: „Jeszcze Polska nie umarła, / Kiedy my żyjemy, / Co nam obca moc wydarła, / Szablą odbijemy”. Potem zwrócił się w stronę Dąbrowskiego i kontynuował: „Marsz, marsz Dąbrowski / Do Polski z ziemi włoski / Za twoim przewodem / Złączem się z narodem”.
Relację z tamtej chwili zostawił Witold Lisowski. Zebrani poderwali się z miejsc, bez żadnej komendy stanęli na baczność, a Wybicki śpiewał dalej o Czarnieckim wracającym przez morze dla ratowania ojczyzny. Gdy padły słowa „Przejdziem Wisłę, przejdziem Wartę, / Będziem Polakami / Dał nam przykład Bonaparte, / Jak zwyciężać mamy”, cała sala podchwyciła refren jak jeden człowiek.
Stanisław Hadyna pisał o tym wydarzeniu, że jednej nocy Wybicki zrobił dla Polski więcej niż przez całe dotychczasowe życie. Bywają, zauważał, chwile olśnienia, w których rytm serca jednostki zrównuje się z pulsem milionów, z ich nadziejami i lękami, i wtedy z takiego nastroju wyrasta pieśń, której już nic nie zdoła uciszyć. Sam Dąbrowski miał podobno powtarzać, że inni mają pomniki, a on ma swoją pieśń.
Pierwotna wersja „Pieśni Legionów” liczyła sześć zwrotek, ale w miarę jak pieśń wędrowała przez Włochy i docierała do kraju, przybywało kolejnych. Charakterystyczne, że równie mocno wybrzmiewała w niej idea niepodległości, co tęsknota za sprawiedliwością społeczną: „Z ziemi włoskiej do polskiej / Przyjdź z prawem człowieka. / Marsz, marsz Dąbrowski, / Kraj na ciebie czeka”.
Kościuszko w liście z 22 sierpnia 1798 roku pisał do Wybickiego, że cieszy go obecność w Legionach człowieka, który już wcześniej dowiódł obywatelskiej postawy. Zachęcał go, by dalej wpajał żołnierzom miłość do ojczyzny, krzewił cnoty obywatelskie i podtrzymywał wiarę, że Polska jeszcze kiedyś będzie wolna i niepodległa. Naczelnik dobrze wiedział, jak wielka siła tkwi w pieśniach dla ludzi pragnących wolności.
Polska to my
1 maja 1798 roku polscy żołnierze wkroczyli do Rzymu. W rocznicę Konstytucji 3 Maja na rozkaz Dąbrowskiego wszystkie legie zebrały się u stóp Kapitolu, pod pomnikiem Marka Aureliusza. Władze nowo utworzonej Republiki Rzymskiej wręczyły dowódcy Legionów historyczną szablę Jana III Sobieskiego. Dąbrowski ucałował klingę i przemówił do żołnierzy.
Generał przypominał swoim ludziom, że stają na wzgórzu owianym sławą wieków i że ta sława idzie teraz razem z nimi. Podkreślał znaczenie dnia, w którym zebrali się u podnóża Kapitolu, i wzywał, żeby miłość ojczyzny oraz republikański duch pozostały w ich sercach na zawsze. Zapowiadał, że gdy powrócą do Polski, będą dla niej bardziej użyteczni niż ci rodacy, którzy tylko wędrowali po świecie, i że wyplenią gnuśność, marnotrawstwo oraz rozpustę przywleczone do kraju przez pańskich podróżników kosztem ubogich ziomków.
Żaden wcześniejszy polski dowódca nie sformułował swojego programu politycznego tak jednoznacznie. Ale też niewiele było w naszych dziejach pieśni jak Mazurek. Już pierwsze jej słowa niosą przekonanie, że POLSKA to MY. Nie korona, nie berło, nie ustrój ani stronnictwo, tylko naród polski.
Adam Mickiewicz uważał, że wersami „Pieśni Legionów” otwiera się właściwie historia współczesna. „Jeszcze Polska nie zginęła, kiedy my żyjemy” oznacza, tłumaczył, że ludzie noszą w sobie to, co stanowi o polskości, i że są w stanie podtrzymać byt ojczyzny niezależnie od tego, co dzieje się na mapie. Tę samą myśl rozwinął potem w „Księgach narodu i pielgrzymstwa polskiego”, zapowiadając, że im bardziej każdy wzmocni swoją duszę, tym bardziej powiększą się polskie prawa i granice. Echo tego przekonania słychać w „Panu Tadeuszu”, gdy struny koncertu Jankiela zadzwoniły jak mosiężne trąby, a z trąb poszybował w niebo znajomy marsz triumfalny.
Mazurek towarzyszył Legionom na ziemiach włoskich, francuskich i niemieckich. W epoce Księstwa Warszawskiego należał do najbardziej ukochanych pieśni. W Królestwie Kongresowym był tępiony i zakazywany, ale Polacy śpiewali go tym zacieklej. Zaborcy umieścili pieśń na pierwszym miejscu na liście literatury zakazanej i ani to, ani kolejne restrykcje nie pomogły. Sam Napoleon pisał do Dąbrowskiego, że z prawdziwą satysfakcją przyjął wieści o postawie polskich żołnierzy podczas ostatniej kampanii i prosił generała, żeby powtórzył walecznym, że są nieustannie obecni w jego myślach.
Do Warszawy zajętej przez Prusaków „Pieśń Legionów” dotarła już w 1797 roku. Jedną z pierwszych popularyzatorek była księżna Teofila z Jabłonowskich Sapieżyna, która na przekór okupantom śpiewała przy otwartych oknach na Nowym Świecie. Na Mokotowie rozsławiała pieśń Zofia z Czartoryskich Zamoyska. Raport pruskiego namiestnika Kohlera informował ze zgrozą, że nuty ręcznie przepisywanej pieśni rozchodzą się po stolicy w setkach egzemplarzy, śpiewają salony i oberże, przedmieścia i ulice, a wykryć kolporterów nie ma jak.
„Pieśń Legionów” – żołnierzy kierujących się przekonaniem, że „ludzie wolni są braćmi” – stopniowo urastała do rangi symbolu narodowego, aż stała się hymnem narodu pozbawionego własnego państwa. Warto pamiętać, że jej słowa nigdy nie były pomyślane jako oficjalny hymn państwowy. Nie sławiły monarchów, nie niosły pychy mocarstwa, odwoływały się wyłącznie do uczuć narodu. Stanisław Witkiewicz, jeden z największych głosów polskiej kultury przełomu wieków, nazywał słowa „Jeszcze Polska nie zginęła” najdonioślejszymi, jakie polskie usta wymówiły przez całe stulecie. Są tak nasze, pisał, że każdemu się wydaje, iż znał je od zawsze, zanim jeszcze zaczął żyć.
Mazurek odżył z nową siłą w powstaniu listopadowym. Jego ogień rozpalał żołnierzy pod Olszynką Grochowską, Dębem Wielkim i Iganiami. Generał Józef Dwernicki w raporcie z bitwy pod Stoczkiem z 15 lutego 1831 roku opisywał generałowi Stanisławowi Klickiemu, że gdy pierwsze salwy nieprzyjacielskiej artylerii spadły na pierwszy pułk piechoty podpułkownika Rychłowickiego i zabiły kilku ludzi, czworobok nie tylko nie drgnął, ale zaraz zaintonował „Jeszcze Polska nie zginęła”. Jeden z żołnierzy spoza frontu wziął ładownicę i karabin po zabitym koledze i sam zameldował się podpułkownikowi do szeregu. Zapał oficerów i żołnierzy, pisał Dwernicki, przekraczał wyobraźnię, a bitwa skończyła się całkowitą klęską wroga.
W czasie tamtej wielkiej próby narodowej pieśń „Jeszcze Polska nie zginęła” rozbrzmiewała w całej Europie. Tak zwana polska Marsylianka była dla tamtego pokolenia znakiem spłaty długu wdzięczności i wyrazem podziwu. Kiedy po klęsce powstania listopadowego trzydzieści tysięcy żołnierzy-wygnańców dotarło do ogarniętych wolnościowym fermentem księstw Rzeszy, „Noch ist Polen nicht verloren” śpiewali zbuntowani studenci w Saksonii, Bawarii i Wirtembergii. Richard Wagner wkomponował melodię Mazurka w swoją uwerturę symfoniczną „Polonia” napisaną na cześć polskich powstańców.
Serdeczną moc tej pieśni opisał Władysław Bełza, który pisał, że Mazurek jest jak rosa spadająca na stęsknioną duszę, a choć przemoc bezustannie próbuje wyplenić wiarę z ludzi, krótka chwila wystarczy, by spod popiołów zbudzić iskrę. Gdy wszystko się wokół rozpada i niewola bierze górę, nagle jak grom spada z nieba: „Jeszcze Polska nie zginęła!”.
Stanisław Hadyna zauważał, że pruscy politycy jako pierwsi rozpoznali tkwiące w pieśni zagrożenie. Przekonali się, jak trudno złamać naród, który po każdej kolejnej klęsce potrafi z jeszcze większą żarliwością wierzyć, że Polska nie zginie, póki my żyjemy.
Zaborcy próbowali różnych metod, by zagłuszyć pieśń. Niszczyli polskie książki i śpiewniki, wyrywali z nich strony z Mazurkiem, prowadzili procesy i wydawali wyroki za samo śpiewanie. W Królestwie Polskim pieśń intonowano na tajnych spotkaniach lóż wolnomularskich. Wtedy właśnie zamieniono słowa „nie umarła” na „nie zginęła”, a „moc wydarła” na „przemoc wzięła”.
Arka przymierza
Granice się przesuwały, kolejne powstania upadały, wodzowie odchodzili, imperia sypały się w gruzy, a Mazurek trwał dalej. Przekazywany z ust do ust jak stara wieść, krążący na kartkach przepisywanych z ręki do ręki, niczym testament, nie tracił impetu. Tłumaczono go na obce języki, cytowano w wierszach i publicystyce największych pisarzy XIX stulecia, a w swoich licznych przeróbkach stał się sztandarową pieśnią narodów walczących o wolność.
Z Mazurka korzystał Ljudevit Gaj, pisząc chorwackie „Jos hrwacka nij propala dok mi zivimo”. Taras Szewczenko powtarzał, że Ukraina „nie umarła”. Serbowie podmienili w tekście słowo „Polska” na „Serbia”, a nazwisko Bonapartego na imię Karadżordża. Węgrzy śpiewali, że „Jeszcze Węgry nie zginęły”. Zdarzały się przeróbki bardziej samodzielne, co nie pomniejsza znaczenia polskiej inspiracji. Słowak Samuel Tomasik zapisał w autobiografii, że przypomniał sobie znaną polską pieśń „Jeszcze Polska nie zginęła” i na jej melodię jakby same z serca ułożyły mu się zwrotki „Hej, Slovaci”.
Tak w 1834 roku powstała napisana przez Tomasika najpierw po czesku pieśń „Hej Slovane” – „Hej Słowianie, jeszcze nasza słowiańska mowa żyje, póki nasze wierne serce za nasz naród bije”. Autor sam przetłumaczył ją potem na słowacki. Na kongresie słowiańskim w Pradze w 1848 roku uznano ją za hymn wszechsłowiański.
Pod wpływem Mazurka narodził się hymn serbski, bułgarska pieśń „Szumi Marica” i słowacka „Poci my żijemy”. Pieśń poruszyła także konspiracyjne kręgi rosyjskich rewolucjonistów. Michaił Bakunin w czasie paryskiej manifestacji 29 listopada 1847 roku, w rocznicę wybuchu powstania listopadowego, wzywał do walki z caratem i mówił, że losy Polaków i Rosjan są nierozłączne, a pojednanie obu narodów to dzieło ogromne. Deklarował, że wyzwolenie wszystkich ludów słowiańskich i ostateczny upadek europejskiego despotyzmu nadejdzie w dniu, w którym Rosjanie będą mogli zaintonować razem z Polakami ten hymn wolności słowiańskiej – „Jeszcze Polska nie zginęła”.
Mazurek oddziaływał też mocno na rodzimych twórców. Po 1820 roku sporą popularność zdobyła „Pieśń młodzieży” Antoniego Boruckiego, przekonująca, że Polska nie zginęła, póki żyje młodzież, a wolność nie minęła, dopóki bije w niej serce. W Krakowie w 1823 roku rozbrzmiewała „Pieśń Burszów Krakowskich”, zapowiadająca, że Polska będzie trwać, dopóki w żyłach jej synów płynie choć kropla krwi. W czasie powstania listopadowego śpiewano, że Polska nigdy nie zginie, gdy ma takie dzieci, a duch wodzów w niej płynie i świeci Kościuszko. Po 1830 roku aż za oceanem słychać było, że „Jeszcze Polska nie zginęła, choć my za morzami”.
W czasach powstania styczniowego popularna była „Nasza pieśń” Jana Lama, zapowiadająca, że Polska nie zginęła, bo Warszawa żyje, a śmierć nie pogrzebie tego, czego nie zdołała poczęć. Pod wpływem Mazurka powstał też słynny „Marsz kaszubski” Hieronima Derdowskiego, przekonujący po kaszubsku, że polska wiara i polska mowa nigdy nie zaginą. Pod koniec XIX wieku na Warmii śpiewano, że sprawiedliwy Bóg nie dopuści, żeby nieszczęśliwy Polak nie miał swojego kraju.
Niemal sto lat po narodzinach Mazurka, w setną rocznicę powstania kościuszkowskiego, po polskich ziemiach rozległo się: „Jeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy, starą Polskę przemoc wzięła, nową zbudujemy”. Najmocniej sens ówczesnych zmagań wyraził Felicjan Faleński, pisząc w „Hymnie węglarzy”, że „Jeszcze Polska nie zginęła, gdy za Polskę giną”.
W rewolucji 1905 roku biało-czerwone sztandary szły ramię w ramię z czerwonymi, a obok pieśni „Na barykady, ludu roboczy” rozbrzmiewał także Mazurek Dąbrowskiego. Warto o tym pamiętać. Kiedy Polska odzyskała niepodległość w 1918 roku, „Pieśń Legionów” stała się niejako automatycznie hymnem państwowym, co ostatecznie potwierdziła uchwała Sejmu z 1926 roku.
Kiedy przyjdą podpalić dom
Mazurek nie opuścił Polaków we wrześniu 1939 roku. Znajdujemy go w rozkazie generała Franciszka Kleeberga, dowódcy Samodzielnej Grupy Operacyjnej „Polesie”, który wobec nieuchronnej klęski wskazywał żołnierzom dalszy cel walki. Pisał, że zebrał ich pod swoją komendę, by walczyć do końca: najpierw chciał iść na południe, potem z odsieczą Warszawie, ale Warszawa padła wcześniej. Dziś, mówił rozkaz, są otoczeni, amunicja i żywność na wyczerpaniu, dalsza walka nie rokuje nadziei, a krew żołnierska jeszcze się przyda. Dziękował za karność i męstwo, i kończył słowami, że „Jeszcze Polska nie zginęła i nie zginie”.
Słowa „Pieśni Legionów” wybrzmiały też pełną mocą w rozkazie generała Juliusza Rómmla, dowódcy Armii „Warszawa”. Żegnając swoich żołnierzy, powtarzał, że obecna porażka jest tylko chwilowa, zwycięstwo przyjdzie, a to, co obca przemoc zabrała, zostanie odebrane siłą.
„Jeszcze Polska nie zginęła” – to często były ostatnie słowa tych, którzy ginęli, żeby ona nie zginęła. W czasie powstania styczniowego po lasach błądziła pieśń o tym, że Polska trwa, póki jeden Polak żyje i póki jedno serce bije. To rodzaj polskiego kodu genetycznego. Julian Przyboś zadedykował żołnierzom walczącym na wszystkich frontach drugiej wojny wiersz „Póki żyjemy”, w którym żegnał tych, co wywozili za granicę głowy i uciekali do broni, a sam w zrujnowanym schronie z ostatniego tchu ostatnich żywych chciał odtworzyć narodowy hymn.
Żołnierze Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie śpiewając zwrotkę „Z ziemi włoskiej do Polski”, byli przekonani, że ten fragment napisano właśnie dla nich, i że szturmując Monte Cassino, przecierają drogę do kraju. Melchior Wańkowicz relacjonował końcówkę tej bitwy, gdy żołnierzom skończyła się amunicja, nie mogli się cofnąć spod niemieckich bunkrów, nie mogli drgnąć, bo nieprzyjaciel widział każdy ruch. Mijały kwadranse, przybywało rannych, nerwy ludzkie nie wytrzymywały napięcia, wybuchała zbiorowa histeria, ktoś szlochał spazmatycznie, inni w bezsilnej rozpaczy rzucali kamieniami w niemieckie stanowiska. I wtedy stała się rzecz, która wyglądałaby na kiepską literaturę, gdyby nie była prawdziwa. Sierżant Czapiński zaintonował „Jeszcze Polska nie zginęła”, a żołnierze podchwycili pieśń.
31 lipca 1944 roku ruch na warszawskich ulicach zamarł. Ludzie przystawali, obnażali głowy, płakali, a jednocześnie czuli rosnącą w sobie moc i gotowość do najwyższej ofiary. Z ulicznych głośników w okupowanej stolicy płynęły przemycone do programu niemieckiej radiostacji słowa „Jeszcze Polska nie zginęła”.
„Pieśń Legionów” jak zaklęcie unosiła się nad Sielcami nad Oką. Docierała do Starobielska, Katynia i Miednoje. Budziła mogiły i niosła żołnierskie przyrzeczenie. Generał Zygmunt Berling wspominał wzruszające chwile, gdy rodacy wchodzili na teren obozu. Na dużej polanie stał budynek dowództwa dywizji z godłem i biało-czerwoną flagą. Powitanie tej flagi było poruszające. Ludzie rozumieli, że tam, gdzie staje stopa polskiego żołnierza, gdzie jest orzeł, chorągiew i hymn, tam jest kawałek ojczyzny, do której mają iść.
Z czterech stron świata żołnierze polscy wracali do udręczonego kraju. Państwo polskie nie dla wszystkich było po 1945 roku przyjazne, bo Polakowi we własnym państwie zawsze jakoś najtrudniej, ale ojczyzna czekała na żołnierza-tułacza jak matka. Ziemia ojczysta, choć dla wielu bywała dręczycielką, dla żadnego ze swoich synów matką być nie przestała. Wracali, jak pisał poeta, z odsieczą z wszystkich frontów świata, ze śmiechem i łzami na twarzach, z bijącymi sercami, pułk za pułkiem, brat witał brata, a nad tym wszystkim niósł się okrzyk, że Polska żyje.
„Pieśń Legionów” przetrwała już dwa wieki. Nie złamały jej rozbiory, nie dał rady hitlerowski okupant, nie pokonał terror stalinowski. Jest, jak mówił o niej Stanisław Witkiewicz, treścią i istotą polskiego sumienia. Zrodzona wśród legionistów na ziemi włoskiej stała się potężnym hymnem Polaków, który w dniach walki huczał jak huragan, a w dniach codziennych brzmiał cicho w duszy niczym słodka, kojąca nadzieja. Witkiewicz proponował eksperyment myślowy – niech każdy zajrzy w głąb swojej duszy i spróbuje ją sobie wyobrazić bez tych słów i bez tej myśli. Wtedy dopiero zobaczy rozpaczliwą pustkę, jaka by go ogarnęła, gdyby pamięć tych słów zgasła.
Krew polskiego żołnierza zrosiła w ostatniej wojnie ziemię całego świata po to, żeby z tej krwi mogła odrodzić się Rzeczpospolita. Tej krwi nie wolno zapomnieć ani jej hańbić przez dzielenie na lepszą i gorszą. Jan Paweł II na Jasnej Górze mówił, że czuwanie znaczy czuć się odpowiedzialnym za to wielkie dziedzictwo, które nosi imię Polska. To imię nas wszystkich określa i wszystkich nas kosztuje. I zostawił nam zdanie, które warto powtarzać: nie pragnijmy takiej Polski, która by nas nie kosztowała.
Opracowano na podstawie: W. Lisowski, „Polskie symbole narodowe”, Warszawa 1995, Wydawnictwo Fundacji Grobu Nieznanego Żołnierza.













